Z pamiętnika cynika, czyli festiwalowe absurdy wg Miśka cz.1

Data 24. sie, 2010 dodał Misiek w Po godzinach

Witajcie Blogersi, Blogowicze, Blogmani

Pasją ekipy MMO jest nie tylko odchudzanie. Niezmiernie ważna w naszym życiu jest muzyka, a ta, jak wiadomo, łagodzi obyczaje. Choć każdy z zespołu ma inne gusta muzyczne (a w tej kwestii trudno dojść do konsensusu) to raczej wszystkim bliżej niż dalej do rocka, a w niektórych nawet punkowy bunt się odzywa:) Jako główny przedstawiciel muzyki nie-współczesnej i nie-radiowej zostałem zmuszony (przez złego Szefa) do opisania Wam w jakiej kondycji są wakacyjne, alternatywne festiwale muzyczne w naszym kraju. W tym roku udało mi się zawitać na trzy największe imprezy muzyczne w Polsce. Czy było dobrze, czyli grubo … o tym w poniższym, debiutanckim wpisie. Zacznę może po kolei, czyli od festiwalu w Jarocinie, który jako pierwszy odwiedziłem.

Dnia 16-go lipca roku pańskiego, zapakowaliśmy się do służbowej, siedmioosobowej Dacii, zwanej przez nas „krową”. Sześć osób ruszyło do miejsca, zwanego „wysepką wolności” totalitarnej Polski. Pogoda była ładna, piwo zdarzało się nawet zimne, więc  600 km, które mieliśmy do pokonania z Lubelszczyzny, przemknęło nam dość szybko. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, w jakim szoku była moja skromna osoba, gdy ujrzałem „przedpole” festiwalu. Mijając jarociński McDonald(!), byłem świadkiem jak punkowcy z półmetrowymi irokezami, w przerwie walki z demokracją, zajadali się amerykańskimi hamburgerami. Cóż to był za widok! Nawet słychać było z zapchanych bułką ust: „Precz z podłymi korporacjami!”. I od samego początku było mi jakoś tak smutno.

Wiadomo, że pierwszą rzeczą, jaką człowiek robi na tego typu imprezach, to dekowanie się na polu namiotowym. I tu kolejny szok, kiedy mili ludzie, których spotkaliśmy po zaparkowaniu samochodu powiedzieli, że nie ma już wolnych miejsc. Nasza dzielna drużyna MMO, jak jeden mąż, zrobiła wielkie oczy, bo cóż to za obyczaj witać gości wysokim płotem i szerokimi karkami u wrót? Fakt faktem, przyjechaliśmy na drugi dzień imprezy, ale zastanówcie się sami- znany w całym kraju i za granicą festiwal, a tu brak miejsc na polu namiotowym? Brawo organizatorzy! Co więcej, pole namiotowe było płatne 20 zł od osoby za noc. Samo się ciśnie na usta: „Precz z kapitalizmem!”.

Kiedy już poziom naszego zdziwienia sięgnął zenitu, dotarliśmy pod scenę, na której występowała zagraniczna formacja Gallows. Pan wokalista był wyraźnie zdegustowany faktem, iż niewiele osób  wyraża zachwyt jego wokalem i oklaskuje poczynania występującej z nim kapeli. Co jakiś czas krytykował  zachowanie publiczności, nie zapominając o słynnym, amerykańskim słowie na literkę „f”.  Później zaczęła grać Coma, ludzie się ożywili, a atmosfera wyraźnie poprawiła. Pan Rogucki i jego koledzy zagrali równo, jak to mają w zwyczaju (choć pamiętam lepsze ich występy w lubelskim klubie Graffiti). Była to jednak bardzo dobra rozgrzewka przed najjaśniejszym punktem wieczoru, czyli Pidżamą Porno.

Chłopaki zagrali tak jak za dawnych lat, kiedy, będąc szesnastoletnim chłopcem, zachwycałem się ich kompozycjami. Łezka się w oku zakręciła, piwo w ręku wygazowało, w gardle ścisnęło i człowiek słuchał dźwięków swej wczesnej młodości.  Jednak był i zabawny akcent, kiedy wokalista Pidżamy- Grabaż powiedział, że bardzo lubi grać „Twoją generację”.  I w tym momencie przypomniałem sobie jego wypowiedzi z przeszłości, kiedy to, w jednym z wywiadów przyznał się, że nie  może już znieść swojego utworu wielbionego przez „kinderpunków”.  No cóż… podobno tylko krowa nie zmienia zdania.. Mimo, iż obecna twórczość Andrzeja Grabowskiego nie  należy do moich ulubionych pozycji, to muzyka Pidżamy w dalszym ciągu ma tyle samo mocy co kilka ładnych lat temu.  Podczas koncertu wytarzałem się w trawie, delikatnie upominała mnie ochrona, krzyczałem, śpiewałem- słowem bawiłem się przednio. Tylko z  jakimś dziwnym politowaniem patrzyła na mnie moja narzeczona:) Ale cóż… w starym piecu diabeł pali.

Następnego dnia, niestety, musieliśmy wracać, ponieważ prezes koncernu Optiner dłuższego urlopu nam nie dał, więc nie mogę zdać Wam całej relacji (pretensje proszę zgłaszać do niego).  Płakaliśmy z firmowym informatykiem- Sławkiem, że nie możemy zostać na koncercie rewelacyjnego zespołu Flogging Molli…

Podsumowując to, co udało mi się zobaczyć na festiwalu w Jarocinie, powiem krótko:  organizacja  i horrendalne ceny to smutny akcent imprezy, natomiast- muzycznie- był to najlepszy festiwal w tym roku (oczywiście w moim mniemaniu).

W następnym odcinku „Z pamiętnika cynika”, relacja z owsiakowego Woodstocku i dalsze szukanie dziury w (teoretycznie) całym.

Oceń artykuł

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...

Dodaj komentarz

Proszę wypełnij wymagane pola i nie wyrażaj się wulgarnie. Twój email nie będzie publikowany.

Możesz używać tagów HTML:: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>